Czy faktycznie "trzymanie się koryta" jest podstawą utworzenia "dwutygodniowego" rządu?



Niewątpliwie ten "krótki" rząd jest dla niektórych jego członków okazją do zaistnienia. Zawszeć to można będzie mówić "byłam (em) ministrem.

Zapewne też pojawi się jeszcze okazja do "pozostawienia miny" rządowi Tuska. Ale większość spraw i tak już została stosownie załatwiona w ciągu blisko już półtora miesięcznego okresu po wyborach. 


Jednak nie to wydaje się zasadniczym celem tej rozgrywki. Można sądzić, że najtrudniejszą "miną" jaki PiS zostawi w spadku opozycji jest PR.

I tu chcę zwrócić uwagę na dwie narzucające się kwestie.

Pierwsza, że rząd PiS przed wyborami był nadzwyczaj rozbudowany. Liczył łącznie koło 100 osób  z ministerialnymi pagonami (bo wiceministrowie się też liczą). Teraz zaś rząd został mocno "odchudzony". Argument, że PiS rozbudował administrację centralną będzie wymagał wyjaśnień. Wszak liczy się moment przekazania władzy.





Drugie, że przedstawiony program jest prospołeczny (na miarę PiS oczywiście). W efekcie rząd Tuska będzie musiał stanąć do porównań programowych. Zawsze przecież przyszła opozycja może powiedzieć - mieliśmy bardzo dobry program, a wy nie chcieliście go realizować.

Ten przekaz dotyczy zwłaszcza przystawek, bo po PO Tuska spłynie jak woda po kaczce.

A nastroje społeczne są jak kobieta, która wszak "zmienną jest".